20 gru 2016

Pożegnanie

Pożegnań czas nastał.
Gdy jednym szczęście wzrasta,
Drugim świat się wali.
I choć każdy się chwali,
Nie każdy radosny jest,
Bo życie, kochani, jest pełne łez.
Dotyczących śmierci jest wiele tez,
A mi dane sprawdzenie ich jest.
Powiedzieć czas najwyższy,
Że łatwo życie zniszczyć.
Ćpałam, piłam
Lecz nie paliłam.
Krzyczałam, szalałam,
W nicości znikałam. 
I choć drogo muszę zapłacić,
To warto było tyle stracić.
Bo czymże jest życie,
Jak nie krótką gierką?
Tu każde odkrycie
Jest mała iskierką.
Miłość w mym sercu
Raz mały zagościła,
I szczerze przyznam,
Ze życie mi zmieniła.
Polecam ją wszystkim,
Ona nas ocali!
Mi szczęście wróciła
I trwać pozwoliła
W spokoju i zdrowiu.
Niestety zniknęła na moje żądanie
I zabrała nadzieję na pochowanie.
Niedługo stojąc samotnie,
Odejdę bezpowrotnie,
Tuląc mą miłość i resztki nadziei.
Trzymajcie kciuki,
Może Bóg nas nie rozdzieli.

8 paź 2016

Przyjaciel

Witaj przyjacielu.
Mogę Cię tak jeszcze nazywać?
Kiedyś byliśmy sobie niezwykle bliscy. Byliśmy niczym rodzeństwo zawsze się wspieraliśmy, pomimo wielu kłótni i sprzeczek. Jedno wysłuchało drugiego, drugie żaliło się jednemu.
Czy to musiało się skończyć?
W pewnym momencie już nie byłeś taki jak kiedyś. Twoje oczy już nie były zwykłe miały piękny piwno-zielony kolor. Twój śmiech już nie był zwykły napawał mnie ogromną dumą, gdy to ja go wywołałam. Twoje ręce już mnie nie drażniły, gdy chciały mi pomóc – pragnęłam ich. Twoje ramiona stały się dla mnie ostoją, idealnym miejscem do znalezienia spokoju.
Co się ze mną stało?
Zaczęłam cię unikać. Nie chciałam tego uczucia. Wiedziałam, że jeśli je do siebie dopuszczę nasza przyjaźń będzie zgubiona. Nie mogłam na to pozwolić, zwłaszcza, że niedawno znalazłeś swoje szczęście. Nie miałam prawa nawet mieć nadziei na wspólną zmianę statusu.
Zauważyłeś to?
Mijały miesiące, a ty stawałeś się coraz piękniejszy i jednocześnie coraz bardziej niedostępny. Twój związek kwitł i wyglądało na to, że trafiłeś idealnie. Stanowiliście wspaniałą parę: zawsze zgodni, wspólnie przeżywaliście każdą chwilę, a między wami nie istniały żadne niedomówienia.
Pragnęłam Twojego szczęścia.
Ze mną cały czas się kłóciłeś. Nigdy nie mogliśmy się w pełni dogadać, a wszelkie kłótnie trwały czasem tygodniami. Wiedziałam, że jeśli bylibyśmy razem nasz związek byłby nazbyt toksyczny. Wiedziałam, że byśmy się ranili. Dlatego milczałam.
Czy kiedykolwiek miałam rację?
Nastały wreszcie dni, na które czekałam tak długo. Nareszcie znowu byłeś dla mnie tylko przyjacielem. Po tak długim czasie w końcu mogłam spokojnie spojrzeć Ci w oczy, bez obawy, że to, co czuję jest niewłaściwe. Lecz tylko u mnie ponownie się układało.
Co takiego zaszło?
Ty i Twoja ukochana zaczęliście się od siebie oddalać. Kłóciliście się, co było tak niezwykłym widokiem, że aż przerażającym. Nie rozumiałam powodu tej nagłej zmiany. Widziałam jak coraz mniejszą wagę przywiązujesz do tego związku. Martwiło mnie to, bo widziałam Twoje początkowe szczęście. Nie chciałam, abyś był samotny.
Co was poróżniło?
Coraz częściej przychodziłeś do mnie. Widziałam jak bardzo męczy Cię ten związek. Pragnęłam abyś jednak odbudował to wszystko zamiast zniszczył doszczętnie. Ty jednak burzyłeś mosty pomiędzy sobą, a swoją ukochaną.
Czy na pewno nią jeszcze była?
Pewnej nocy przyszedłeś do mnie pijany. Mówiłeś jak bardzo cię męczy ten związek, że nie chcesz się dla kogoś zmieniać, a właśnie to jest od ciebie wymagane. Nagle przerwałeś swoje żale, spojrzałeś mi głęboko w oczy i trzymając mnie w ramionach wyznałeś miłość. Wszystkie emocje do mnie wróciły z większą siłą. Zapragnęliśmy siebie nawzajem i jeszcze tej samej nocy zrobiliśmy to co chcieliśmy.
Pamiętasz to chociaż?
Następnego dnia jak gdyby nigdy nic wyszedłeś z mojego mieszkania. Nie odpisałeś, nie oddzwoniłeś. Kilka dni później dostałam wiadomość od twojej dziewczyny z podziękowaniami. Podobno to ja wróciłam ci wiarę w waszą miłość i to ja pomogłam ci stanąć na nogi.
Nawet nie wiesz jak mnie to bolało.
Spakowałam się, załatwiłam ostatnie sprawy i wyjechałam z miasta na drugi koniec kraju. Zostawiłam ci tylko zawiadomienie o wyjeździe. Wielu znajomych starało się ze mną skontaktować, aby dociec powodu tak nagłej decyzji. Niemal wszyscy, poza tobą.
Czy choć Ty to rozumiałeś?
Znalazłam świetną pracę, mieszkanie, poznałam cudownego faceta, który w krótkim czasie stał się moim mężem i ojcem małej Anabel. Od innych dowiedziałam się o twoim rozstaniu, depresji, próbie samobójczej…moją nadzieją była myśl że to nie z mojej winy tak się stoczyłeś.
Jak bardzo się myliłam?
Dostałam od ciebie list z prośbą abym przyjechała. Zrobiłam to bez większego zastanowienia. Wzięłam córkę i wyruszyłam z domu z samego rana. Gdy dotarłam do ciebie było za późno. Leżałeś we wannie, cały zakrwawiony i ledwo przytomny. Widziałam że nie warto wzywać natychmiastowej pomocy, lecz i tak to zrobiłam.
Czy była szansa abym temu zapobiegła?
Usłyszałeś płacz mojego dziecka i uchyliłeś na chwilę oczy. Ujrzałam uśmiech na twojej bladej twarzy. Udało ci się nawet ułożyć kilka zdań. W momencie gdy ostatecznie opadłeś z sił usłyszałam jak ratownicy wbiegają do mieszkania. Widziałam jak próbują cię ratować, jednak długo tego nie robili.
Dlaczego właśnie tak wyglądało nasze pożegnanie?
Wróciłam do domu, położyłam maleńką spać, a sama usiadłam w oknie. Myślałam o tym wszystkim co między nami było, o tym że mogłam wtedy zawalczyć o ciebie i o tym jak bardzo cię kochałam po tych wszystkich latach pełnych bólu i samotności.
Minęły kolejne lata. Anabel dorosła, mąż ode mnie odszedł, rzuciłam pracę posiadając wystarczającą ilość pieniędzy. Godzinami słuchałam naszych piosenek, gotowałam twoje ulubione dania, popołudniami siedziałam czekając aż przyjdziesz z pracy a wieczorami zasypiałam z myślą że zaraz wyjdziesz z łazienki i mnie przytulisz od siebie.
W końcu nie wytrzymałam, pojechałam do mieszkania w którym widziałam cię po raz ostatni. Zapisałeś je na mnie, a ja regularnie je opłacałam aby nikt w nim nie zamieszkał. Nalałam wody do wanny, upięłam moje już oprószone siwizną włosy, usiadłam w niej wygodnie i zrobiłam to samo co ty. Czerwień zaczęła otaczać moje zniszczone przez czas ciało. Poczułam twoją obecność; twoje delikatne dłonie muskające moje ciało, usta składające słodkie pocałunki na mojej twarzy, szyi, ramionach… Otworzyłam oczy i ujrzałam te piękne, piwno-zielone oczy, pełne uczucia, którego tak bardzo pragnęłam.
Miałam Cię już na zawsze. Już na zawsze byłeś tylko dla mnie…



„Zawsze Cię kochałem, lecz nie zawsze to rozumiałem. Teraz wiem jak bardzo pragnąłem abyś to TY była przy mnie, abym to JA był przy tobie… Miałem nadzieję, że to ja będę tym który da ci upragnioną córkę… Tak bardzo chciałem Cię uszczęśliwić… Tak bardzo chciałem abyś była tuż obok… Wychowaj ją, wychowaj Anabel na tak wspaniałą osobę jak Ty. Będę na Ciebie czekał…”

16 maj 2016

Aniołki

Dzwonek przerwał ciszę panującą w całym domu. Brązowowłosa kobieta otworzyła drzwi i uśmiechnęła się smutno na widok gościa.
-Zdajesz sobie sprawę, że ona nie chce nikogo widzieć? – Pomimo mało zachęcającego przywitania otworzyła szerzej drzwi wpuszczając młodego chłopaka.
-Wiem. Dlatego przyszedłem. To już ponad tydzień, boję się o nią. – Powaga w jego głosie przeczyła strachowi widocznemu w jego oczach.
-Chodź. Udało mi się w nią wmusić trochę jedzenia, żeby nie nikła w oczach. Na zmianę zakrywa się po szyję kocem i leży na łóżku lub siedzi w wannie… - zmartwienie było wręcz wypisane na twarzy zarówno kobiety jak i czarnowłosego chłopaka.
-Pójdę do niej.
Wszedł po schodach automatycznie omijając skrzypiące fragmenty stopni. Przeszedł do końca korytarza i delikatnie zastukał w drewniane drzwi. Odpowiedziała mu głucha cisza. Wszedł powoli i zamknął za sobą drzwi.
-Sonia…? – Stawiał ostrożnie kroki, jakby bał się, że zwinięta w kłębek dziewczyna się spłoszy. Na dźwięk swojego imienia blondynka jedynie zesztywniała na chwilę. Chłopak usiadł naprzeciw niej, na podłodze i próbował się doszukać zielonych oczu pomiędzy pasmami kręconych włosów.
Rozejrzał się dyskretnie po pokoju jak zwykle zagraconym różnymi rzeczami i stosami ubrań. Kołdra została skopana, na łóżku został jedynie świąteczny kocyk, spod którego wystawały stopy ubrane w skarpetki z pomponami o podobnej tematyce. Uśmiechnął się w myślach na ten widok. Sam jej je dał, gdy przez całą zimę marudziła na swe wieczne zimne nogi. Przyjrzał się jej uważnie i miał ochotę potarmosić ją po głowie jak małe dziecko, widząc, do czego przytula głowę. Za poduszkę robił jej wielki, biały miś, którego również dostała od niego. Wyciągnął ostrożnie rękę w jej stronę i, nie widząc jakiejkolwiek reakcji, zaczął delikatnie układać każdy kosmyk włosów. Gdy wreszcie udało mu się to zrobić oczy w kolorze świeżej trawy otworzyły się nagle, a jego dłoń została zatrzymana w żelaznym uścisku kilka centymetrów od jej twarzy. Poczuł delikatnie wbijające się paznokcie, które ostrzegały go przed kolejnym krokiem.
-Martwiłem się o ciebie. – Nastąpiła typowa dla nich niema walka.
Stalowoszare tęczówki chłopaka przepełnione były troską, miłością i żalem, że te zielone oczy patrzą na niego w taki pusty sposób. Po kilku minutach chłopak wygrał, a oczy dziewczyny zapełniły się łzami. Zacisnęła powieki, a jej ciałem wstrząsnął bezgłośny szloch. Po chwili z jej gardła wyrwał się przerażony krzyk, gdy została nagle porwana w ramiona i zamknięta w uścisku. Przez chwilę próbowała walczyć, lecz ciche słowa i znajome bicie serca uspokoiły ją momentalnie.
-Po co to robisz…? – Ledwo słyszalne pytanie było pierwszymi słowami, jakie wypowiedziała w ostatnim czasie.
-Bo Cię kocham. I to, co się stało nie było zależne od nas. Spójrz tak: skoro nie stało się to teraz to znaczy, że jeszcze nie czas. Nasz mały aniołek daje nam więcej czasu, abyśmy mogli spokojnie zapewnić mu wszystko, co najlepsze. Damy sobie radę, obiecuję. – Trwali w uścisku przez długi czas, aż w końcu dziewczyna podniosła wzrok.
-Cyri… - Jej spojrzenie mówiło więcej niż była w stanie powiedzieć. Patrzyli sobie w oczy napełniając się nawzajem nową nadzieją. Ich usta zbliżyły się w końcu do siebie i pocałowali się czule. Nie musieli nic mówić, aby wiedzieć, że teraz wszystko się na nowo ułoży.

Gdyby jednak otworzyli oczy i spojrzeli w okno zobaczyliby świetlistą postać małego dziecka, które uśmiechało się lekko. Po chwili dołączyły do niego jeszcze dwie postacie i trzy małe aniołki zniknęły, aby pojawić się za jakiś czas ponownie, lecz tym razem wtulając się w swych rodziców.

18 mar 2016

Iskra


Pustka. Tylko to czuję. Nie uśmiecham się pomimo pięknej pogody, zaczepiających mnie dzieci sąsiadów, ani dźwięku ptaszków ćwierkających pomiędzy gałęziami.

Gdzie się podziałeś? Gdzie uciekły wszystkie te piękne chwile? Gdzie te czułe pocałunki, słodkie słówka i tęskne spojrzenia?

Kolejna stłuczona szklanka. Kolejne rany na rękach, kolejna nieprzespana noc. Jeszcze rok temu szykowałam się do sadzenia nowych kwiatów, wiosennych porządków i świątecznych poszukiwań zająca. Patrzyłeś zawsze wtedy na mnie rozbawiony i powtarzałeś, że powinnam dorosnąć. Potem porywałeś mnie w ramiona i zaciągałeś do sypialni.

Gdzie kłótnie o głupoty? Gdzie słone łzy po zbędnych słowach? Gdzie ten gorący dotyk warg? Gdzie namiętne noce i ostre poranki?

Wyrzucam pościel, większość ubrań i wspólne rzeczy. Kiedyś zbieraliśmy wszystko, co mogło nam przypominać niektóre dni. Teraz, gdy na to wszystko patrzę nie czuję nic. Nie rozumiem, co tak nam się podobało na wyjeździe w góry, wycieczce do lasu czy choćby głupim spacerze po parku. Nie czuję dawnej goryczy po nieprzyjemnych wymianach zdań, nie wzruszają mnie te wszystkie romantyczne gesty.

Gdzie te wszystkie uczucia, jakie we mnie wzbudzałeś? Gdzie te słowa, które tak zapewniały o trwaniu przy sobie do końca?

Dziś zobaczyłam Cię po długim czasie. Jesteś nieco bledszy, małomówny i nie patrzysz mi w oczy. Sama pewnie lepiej nie wyglądam. Ale oboje wiemy, że dalsza gra jest bezowocna. Wszystko minęło. Ogień wygasł. Musimy opatrzyć poparzenia i iść dalej pomiędzy falami codzienności i sztormami rzeczywistości. Sami. Bez wzajemnej ochrony i wsparcia brniemy pomiędzy zgniliznę tego świata.

Po to, aby za pewien czas ponownie paść sobie w ramiona i ostatnią zapałką rozświetlić drogę naszego życia.

11 lut 2016

Troska

Kap, kap, kap.
Kolejne niewyjaśnione sprawy. Ciągłe drążenie tego samego. Noce pełne łez lub rozmów o niczym, byle tylko nie poruszyć TEGO tematu.
Kap, kap, kap.
Stajesz się coraz bardziej nerwowy. Coraz częściej pokazujesz swoje niezadowolenie. Zaczynasz się ze mną kłócić, – czego nigdy nie robiłeś.
Kap, kap, kap.
Moja psychika powoli wysiada. Przestaje normalnie sypiać, przez co mam migreny a co za tym idzie biorę coraz więcej tabletek. Powoli nie mamy o czym rozmawiać, ograniczamy się do podstawowych informacji. Stajemy po dwóch stronach barykady.
Kap, kap, kap.
Tracę chęci do życia z każdą wiadomością pełną wyrzutów. Nie potrafię unieść tego brzemienia, które do tej pory chowałam głęboko do szafy. Chciałam o tym zapomnieć, uznać to za mit. Lecz w każdym micie i legendzie jest ziarno prawdy.
Kap, kap, kap.
 Zaczynasz naciskać. Chcesz abym w końcu zmierzyła się z prawdą. Nie rozumiesz jak fatalne to może mieć skutki. Nie tylko dla nas. Nie obchodzi cię to, że obciążasz moje sumienie.
Kap, kap, kap.
Nie wytrzymuję. Robię to co mi kazałeś. Staram się trzymać wysoko głowę, lecz żal i strach ściskają mnie niczym wąż; powoli uniemożliwiają oddychanie, ruchy, życie…
Kap, kap, kap.
Stało się. Nasz „problem” zginął. Dosłownie. Ciekawa jestem czy ty też postąpiłbyś tak na jego miejscu. Na moim miejscu. Lecz teraz to bez znaczenia. Za późno. Zwłaszcza dla nas.
Kap, kap, kap.
Nie dam rady żyć ze splamionymi cudzą krwią rękami. To nie moja wina, lecz gdybym rozegrała to inaczej…
Kap, kap, kap…
Przed oczami mam twoją twarz. Wyobrażam sobie twoje spojrzenie pełne zawodu i smutku. Wyobrażam sobie twoje usta błagające abym przestała; abym odłożyła to wszystko i wróciła do ciebie. Nadaremno.
Kap, kap.
Wystukuję ostatnie litery i wysyłam. Nie mogę odejść bez pożegnania. Nie minęła chwila, a zaczynasz dzwonić. Na próżno. Nie mam sił odebrać. Ręce bezwładnie leżą na moim zabrudzonym brzuchu. Powoli tracę w nich czucie.
Kap.
Czerwień. Zdecydowanie nie mój kolor. Ale cóż poradzić na to, że krew człowieka jest taka, a nie inna. Udaje mi się resztką sił odebrać wiadomość od ciebie. Błagasz, przepraszasz, zaklinasz mnie. Niepotrzebnie. Już za późno.
Kap…
Nic nie widzę. Moje ciało stało się okrutnie ciężkie, by po chwili niemal unieść się niczym pyłek. Ogarnia mnie przyjemne ciepło. Znajome ręce ciągną mnie do siebie. Czuję JEGO zapach. JEGO łzy spływają na moją twarz. JEGO usta całują moje niewidome oczy, zimne policzki i zlepione włosy.
… Kap …

Nigdy nie odpuścisz, co? Nawet TU będziesz pilnował, aby nikt między nami nie stanął. Nawet śmierć.

23 sty 2016

Dobranoc

  Od zawsze sama sobie podkładałam kłody pod nogi. A to nie chciało mi się czegoś zrobić, albo coś ukrywałam, albo kłamałam…
  No właśnie. Kłamstwo. To jedyne, co potrafiłam bezbłędnie. Tworzyłam wokół siebie wizerunek kogoś, kim nie byłam dzięki kłamstwu…
  Gdy byłam młoda i głupia poznałam chłopaka, który zawrócił mi w głowie z ogromną mocą. Długo nie mogłam się podnieść po naszym rozstaniu. Związek trwał krótko, ale to co czułam byłam tak silne, że stojąc niemal dziesięć lat później w miejscu gdzie się pierwszy raz całowaliśmy dalej czułam to podekscytowanie. Ten ogień ogarniający moje ciało. Tą miłość…
  Miłość. Cóż to jest? Ani to przyjemne, ani straszne. Jest wszystkim i niczym. Podobnie jak my…
  No tak. „MY”. W pewnym momencie mojego życia trafił się ON. Niby nikt. Na początku nie zwracałam na niego uwagi. Po jakimś czasie zapragnęłam się jednak nim zainteresować…
  Nie był to szczyt mych marzeń. Ani on specjalnie ładny, ani inteligentny. Nie był ani bogaty, ani nie miał jakiegoś specjalnego poszanowania wśród innych. Był zwykłym chłopakiem. A ja mu wmówiłam zupełnie coś innego…
  Na początku wiedział, że to tylko taka gra, ale był zbyt zamknięty w sobie. Cóż miałam zrobić? Zaczęłam go karmić kłamstwami. A to, że jestem w nim szczerze zakochana; a to, że jest moim marzeniem; a to tylko przy nim czuję się bezpiecznie…
  Gra toczyła się wiele lat. Wszyscy byli przekonani, że rzeczywiście go kocham. Sama nawet w to wierzyłam. Jednak głęboko w sercu miałam nadzieję, że on mnie w końcu przejrzy i to skończy…
  Wszystko mieliśmy już niemal od początku zaplanowane. Najpierw matura, potem praca, ślub, dom i dzieci. Odbyliśmy wiele rozmów na ten temat. Wydawało się, że mamy już idealnie zaplanowane życie. Wydawało…
  Nadszedł TEN dzień. Wszyscy wzruszeni i spokojni, jeśli chodzi o ciąg wydarzeń. Żadnej gafy, zająknięcia, nic, co zakłóciłoby przebieg ceremonii. Byłam piękną panną młodą. Szkoda, że gdy mówiłam słowa przysięgi coś rwało mnie za serce krzycząc, że to nie tego chcę za męża. Było jednak za późno…
  Układało nam się idealnie. Mieliśmy dom z ogródkiem, stałe dochody, przyjaciół, wspierającą nas rodzinę… Brakowało tylko jednego. Dzieci.
  Zdecydowaliśmy się na nasze małe skarby. Dla mnie miały być ostatnią nadzieją na to, że jednak poczuję do niego coś więcej. Myślałam, że gdy zobaczę w nim idealnego ojca w końcu moje uczucia się zmienią. Nadzieja matką głupich…
 Ciąża przebiegła bezproblemowo. Nie chcieliśmy znać płci, woleliśmy mieć niespodziankę. W końcu przyszedł czas, aby przywitać nasze maleństwo…
  Jednak to nie był szczęśliwy dzień. Wszystko źle wróżyło. Rozsypałam sól; on się poślizgnął i cudem uniknął uderzenia w kant kominka; nasz pies uciekł; gdy odeszły mi wody zepsuło się auto. Wszystko było przeciwko nam…
  Bolało bardziej niż myślałam. Krzyczałam na niego, że to jego wina, że go nienawidzę, że go nie kocham… A on mnie słuchał i przytakiwał gładząc moją rękę. Coś we mnie pękło…
  W szpitalu dostałam silne leki. Ledwo kontaktowałam z bólu i odurzenia tabletkami. Jednak uparłam się, aby rodzić naturalnie. I wreszcie urodziła się nasza mała córeczka…
  Zemdlałam z wysiłku na parę chwil, jednak wybudził mnie jej cichy płacz. Nie wrzask, o którym się zawsze mówi, tylko cichutkie łkanie. Lekarz spojrzał na mnie ze współczuciem i podał mi tę kruszynkę. Wydawało się, że zasypia…
  Dopiero, gdy usłyszałam jego szloch dotarło do mnie, co się dzieje. Ona umierała… Moja mała nadzieja umierała na moich rękach. Poczułam, że jesteśmy obejmowane przez jej ojca…
  To była jego wina. Skazał mnie na cierpienie, a tę niewinną duszyczkę na śmierć. To wszystko przez niego…
  Patrzyłam na zaciśnięte oczka mojej córeczki. Jej mała piąstka zacisnęła się na mojej bluzce. Jej ciało zaczęło się robić blade i sztywne. Przestała oddychać. Ostatnie, co usłyszałam z jej małych usteczek to cichuteńkie mruknięcie. Zabrzmiało jakby chciała spać, a my jej przeszkadzaliśmy. Więc zamilkłam, aby mogła spać spokojnie…
  Niemal dwa lata nam zajęło postanowienie o kolejnej próbie. Nam… Nie. Jemu. Ja nie byłam gotowa. Nie chciałam mieć dziecka, nie z nim. Od śmierci maleńkiej Anabel niemal się nie odzywałam, gdy nie było takiej potrzeby. Uśmiechałam się, pracowałam, robiłam to co wcześniej. Jednak wolałam być cicho, aby JEJ nie budzić…
  Kiedy wbrew woli zaszłam ponownie w ciążę załamałam się. Kryłam się przed wzrokiem innych, wolałam siedzieć sama i myśleć, co by było gdyby jednak moja dziecinka wtedy postanowiła nie spać…
  Nie odważyłam się pójść na jej grób. Nie chciałam, aby zobaczyła, że została zastąpiona. To ona była moim wymarzonym dzieckiem…
  Gdy nadszedł termin porodu, a mi odeszły wody zostałam natychmiast zabrana autem do szpitala. Nie miałam nic do gadania, zostałam bez zbędnych ceregieli wysłana na cesarskie cięcie. On tak bardzo chciał mieć dziecko…
  Coś się jednak nie udało. Mój organizm był zbyt delikatny, a lekarz zbyt ostry. Nie mogli zatamować krwawienia. Wyciągnęli ze mnie JEGO dziecko i starali się coś zrobić z ciągle lecącą krwią z miejsca nacięcia. Czułam jak on trzyma mnie za rękę i powtarza, że mamy synka, że mam się nie poddawać i wrócić z nimi do domu. Spojrzałam na niego ostatni raz i powiedziałam mu „dobranoc”…
  Przez chwilę słyszałam jeszcze jego płacz, krzyk tego chłopca i krzątaninę lekarzy. Potem ogarnęła mnie ciemność. Nie widziałam, nie słyszałam, nie czułam… 
  Do pewnego momentu. Zobaczyłam jasne światło i usłyszałam cichy płacz. Ten sam, który kiedyś pokochałam. Poczułam ciągnące mnie za spódnice rączki dwuletniej dziewczynki. Miała zaciśnięte oczka, jedną rączkę puściła wzdłuż drobnego ciałka, a drugą trzymała kurczowo zaciśniętą na materiale…

16 sty 2016

Mój sen 3 (część)

Szliśmy szybko przez długie korytarze, ozdabiane najróżniejszymi obrazami. Sufit, podobnie jak w sypialni, był niezwykle wysoko. Na marmurowej posadce był rozłożony bordowy dywan. Kamienne ściany przyprawiały o dreszcze, wraz z palącymi się świecznikami na nich.
Minęliśmy około pięciu par drzwi i zatrzymaliśmy się przed dwuskrzydłowymi wrotami. Kohaku otworzył je przede mną kłaniając się lekko. Weszłam do ogromnej sali balowej. Okna długie na kilka metrów zaczynały się niemal przy podłodze i pięły się do samego sufitu, z którego zwieszone były kryształowe żyrandole. Kremowe ściany ozdabiały gobeliny przedstawiające te same rzeczy, ale z różnych etapów czasowych. Na oko najstarszy z nich, przedstawiał dwie dłonie złączone ze sobą i otaczające je jakby ochronnie czarne skrzydła. Na kolejnych ręce się rozdzielały aż na ostatnim wizerunku odsunięte były całkowicie. Gdy przyjrzałam się skrzydłom zauważyłam, że wraz z rozsuwającymi się dłońmi rozkładały się i bielały.
Przeszłam wzdłuż ściany. Pokój był okrągły. Potężne filary wzniesiono tak, aby nie zasłaniały okien. Naprzeciw drzwi znajdował się kominek. Albo raczej komin, bo swą wielkością przypominał drzwi garażowe, przez które Mikołaj miał wlecieć saniami. Czułam, że to pomieszczenie jest otoczone aurą tajemnicy. Bardzo chciałam wiedzieć jakiej i mimo że jeszcze jej nie znałam, miałam wrażenie, iż jest bliska mojemu sercu.
Przebiegłam na środek sali i zakręciłam się wokół własnej osi zamykając oczy. Byłam tu już. Nie wiem kiedy, ale wiem, że już tu byłam.
-Wróciłam… - Zatrzymałam się, lecz dalej czułam, że świat wiruje. Głowa zaczęła mnie okropnie boleć. Poczułam ostry ból w boku. Krzyknęłam i upadłam trzymając się za bolące miejsce. Widziałam tłoczących się wokół mnie ludzi i kogoś stojącego przede mną z zakrwawionym sztyletem w ręku. Zrobiło mi się słabo, zaczęłam tracić kontakt z tym, co się dzieje. Słyszałam przerażone krzyki ludzi i upiorny śmiech. Obraz zaczął robić się czarny, chłodna posadzka jakby dzieliła się ze mną swym zimnem. Chaos wokół zaczął się mieszać.
Nagle wszystko ustało. Otworzyłam zaciśnięte do tej pory powieki i spojrzałam na trzymającego mnie anioła. Wtuliłam się w niego przerażona. Po chwili jednak dotarło do mnie, co robię i odsunęłam się od niego. Wszyscy ludzie zniknęli, znowu byliśmy sami.
-Co się stało? – Lekko otępiała spojrzałam na niego, po czym skierowałam wzrok na sukienkę. Wyglądała tak jak wcześniej, bok mnie już nie bolał, a ręce nie były zakrwawione.
-Miałaś wizję, panienko. – Jego, uwaga, delikatny głos uspokoił mnie mimowolnie. – A raczej nie tyle wizję, co retrospekcję. Zobaczyłaś to, co się stało z Twoim wcześniejszym wcieleniem w tym miejscu.  
-Jakim co?! – Stwierdzenie, że doznałam szoku to mało powiedziane. – O czym ty mówisz?
-A myślałem, że jednak posiadasz odrobinę inteligencji… Nie jesteś byle kim. Jesteś jedną z… Dlate… - Nie miałam pojęcia, co mówi. Obraz zaczął się rozmazywać aż w końcu nic nie widziałam. Zaczęłam tracić grunt pod nogami. Ogarnęła mnie pustka…
… a potem poczułam jak otacza mnie ciepło. Usłyszałam szelest pościeli. Otworzyłam oczy i zobaczyłam swój czerwony sufit.


*****
Cdn