Pożegnań czas nastał.
Gdy jednym szczęście wzrasta,
Drugim świat się wali.
I choć każdy się chwali,
Nie każdy radosny jest,
Bo życie, kochani, jest pełne łez.
Dotyczących śmierci jest wiele tez,
A mi dane sprawdzenie ich jest.
Powiedzieć czas najwyższy,
Że łatwo życie zniszczyć.
Ćpałam, piłam
Lecz nie paliłam.
Krzyczałam, szalałam,
W nicości znikałam.
I choć drogo muszę zapłacić,
To warto było tyle stracić.
Bo czymże jest życie,
Jak nie krótką gierką?
Tu każde odkrycie
Jest mała iskierką.
Miłość w mym sercu
Raz mały zagościła,
I szczerze przyznam,
Ze życie mi zmieniła.
Polecam ją wszystkim,
Ona nas ocali!
Mi szczęście wróciła
I trwać pozwoliła
W spokoju i zdrowiu.
Niestety zniknęła na moje żądanie
I zabrała nadzieję na pochowanie.
Niedługo stojąc samotnie,
Odejdę bezpowrotnie,
Tuląc mą miłość i resztki nadziei.
Trzymajcie kciuki,
Może Bóg nas nie rozdzieli.
20 gru 2016
8 paź 2016
Przyjaciel
Witaj
przyjacielu.
Mogę Cię tak jeszcze nazywać?
Kiedyś byliśmy
sobie niezwykle bliscy. Byliśmy
niczym rodzeństwo – zawsze się wspieraliśmy, pomimo wielu kłótni i
sprzeczek. Jedno wysłuchało drugiego, drugie żaliło się jednemu.
Czy to musiało się skończyć?
W
pewnym momencie już nie
byłeś taki jak kiedyś. Twoje oczy już nie były zwykłe – miały piękny piwno-zielony kolor. Twój śmiech już nie był zwykły – napawał mnie ogromną dumą, gdy to ja go wywołałam. Twoje ręce już mnie
nie drażniły, gdy
chciały mi pomóc – pragnęłam
ich. Twoje ramiona stały się dla mnie ostoją, idealnym miejscem do znalezienia
spokoju.
Co się ze mną stało?
Zaczęłam
cię unikać. Nie chciałam tego uczucia. Wiedziałam, że jeśli je do siebie
dopuszczę nasza przyjaźń będzie zgubiona. Nie mogłam na to pozwolić, zwłaszcza,
że niedawno znalazłeś swoje szczęście. Nie miałam prawa nawet mieć nadziei na
wspólną zmianę statusu.
Zauważyłeś to?
Mijały
miesiące, a ty stawałeś się coraz piękniejszy i jednocześnie coraz bardziej
niedostępny. Twój związek kwitł i wyglądało na to, że trafiłeś idealnie.
Stanowiliście wspaniałą parę: zawsze zgodni, wspólnie przeżywaliście każdą
chwilę, a między wami nie istniały żadne niedomówienia.
Pragnęłam Twojego szczęścia.
Ze mną
cały czas się kłóciłeś. Nigdy nie mogliśmy się w pełni dogadać, a wszelkie
kłótnie trwały czasem tygodniami. Wiedziałam, że jeśli bylibyśmy razem nasz
związek byłby nazbyt toksyczny. Wiedziałam, że byśmy się ranili. Dlatego
milczałam.
Czy kiedykolwiek miałam rację?
Nastały
wreszcie dni, na które czekałam tak długo. Nareszcie znowu byłeś dla mnie tylko
przyjacielem. Po tak długim czasie w końcu mogłam spokojnie spojrzeć Ci w oczy,
bez obawy, że to, co czuję jest niewłaściwe. Lecz tylko u mnie ponownie się
układało.
Co takiego zaszło?
Ty i
Twoja ukochana zaczęliście się od siebie oddalać. Kłóciliście się, co było tak
niezwykłym widokiem, że aż przerażającym. Nie rozumiałam powodu tej nagłej
zmiany. Widziałam jak coraz mniejszą wagę przywiązujesz do tego związku.
Martwiło mnie to, bo widziałam Twoje początkowe szczęście. Nie chciałam, abyś
był samotny.
Co was poróżniło?
Coraz
częściej przychodziłeś do mnie. Widziałam jak bardzo męczy Cię ten związek.
Pragnęłam abyś jednak odbudował to wszystko zamiast zniszczył doszczętnie. Ty
jednak burzyłeś mosty pomiędzy sobą, a swoją ukochaną.
Czy na pewno nią jeszcze była?
Pewnej
nocy przyszedłeś do mnie pijany. Mówiłeś jak bardzo cię męczy ten związek, że
nie chcesz się dla kogoś zmieniać, a właśnie to jest od ciebie wymagane. Nagle
przerwałeś swoje żale, spojrzałeś mi głęboko w oczy i trzymając mnie w
ramionach wyznałeś miłość. Wszystkie emocje do mnie wróciły z większą siłą.
Zapragnęliśmy siebie nawzajem i jeszcze tej samej nocy zrobiliśmy to co
chcieliśmy.
Pamiętasz to chociaż?
Następnego
dnia jak gdyby nigdy nic wyszedłeś z mojego mieszkania. Nie odpisałeś, nie
oddzwoniłeś. Kilka dni później dostałam wiadomość od twojej dziewczyny z
podziękowaniami. Podobno to ja wróciłam ci wiarę w waszą miłość i to ja
pomogłam ci stanąć na nogi.
Nawet nie wiesz jak mnie to bolało.
Spakowałam
się, załatwiłam ostatnie sprawy i wyjechałam z miasta na drugi koniec kraju.
Zostawiłam ci tylko zawiadomienie o wyjeździe. Wielu znajomych starało się ze
mną skontaktować, aby dociec powodu tak nagłej decyzji. Niemal wszyscy, poza
tobą.
Czy choć Ty to rozumiałeś?
Znalazłam
świetną pracę, mieszkanie, poznałam cudownego faceta, który w krótkim czasie
stał się moim mężem i ojcem małej Anabel. Od innych dowiedziałam się o twoim
rozstaniu, depresji, próbie samobójczej…moją nadzieją była myśl że to nie z
mojej winy tak się stoczyłeś.
Jak bardzo się myliłam?
Dostałam
od ciebie list z prośbą abym przyjechała. Zrobiłam to bez większego
zastanowienia. Wzięłam córkę i wyruszyłam z domu z samego rana. Gdy dotarłam do
ciebie było za późno. Leżałeś we wannie, cały zakrwawiony i ledwo przytomny.
Widziałam że nie warto wzywać natychmiastowej pomocy, lecz i tak to zrobiłam.
Czy była szansa abym temu zapobiegła?
Usłyszałeś
płacz mojego dziecka i uchyliłeś na chwilę oczy. Ujrzałam uśmiech na twojej
bladej twarzy. Udało ci się nawet ułożyć kilka zdań. W momencie gdy ostatecznie
opadłeś z sił usłyszałam jak ratownicy wbiegają do mieszkania. Widziałam jak
próbują cię ratować, jednak długo tego nie robili.
Dlaczego właśnie tak wyglądało nasze
pożegnanie?
Wróciłam
do domu, położyłam maleńką spać, a sama usiadłam w oknie. Myślałam o tym
wszystkim co między nami było, o tym że mogłam wtedy zawalczyć o ciebie i o tym
jak bardzo cię kochałam po tych wszystkich latach pełnych bólu i samotności.
Minęły
kolejne lata. Anabel dorosła, mąż ode mnie odszedł, rzuciłam pracę posiadając
wystarczającą ilość pieniędzy. Godzinami słuchałam naszych piosenek, gotowałam
twoje ulubione dania, popołudniami siedziałam czekając aż przyjdziesz z pracy a
wieczorami zasypiałam z myślą że zaraz wyjdziesz z łazienki i mnie przytulisz
od siebie.
W
końcu nie wytrzymałam, pojechałam do mieszkania w którym widziałam cię po raz
ostatni. Zapisałeś je na mnie, a ja regularnie je opłacałam aby nikt w nim nie
zamieszkał. Nalałam wody do wanny, upięłam moje już oprószone siwizną włosy,
usiadłam w niej wygodnie i zrobiłam to samo co ty. Czerwień zaczęła otaczać
moje zniszczone przez czas ciało. Poczułam twoją obecność; twoje delikatne
dłonie muskające moje ciało, usta składające słodkie pocałunki na mojej twarzy,
szyi, ramionach… Otworzyłam oczy i ujrzałam te piękne, piwno-zielone oczy,
pełne uczucia, którego tak bardzo pragnęłam.
Miałam
Cię już na zawsze. Już na zawsze byłeś tylko dla mnie…
„Zawsze
Cię kochałem, lecz nie zawsze to rozumiałem. Teraz wiem jak bardzo pragnąłem
abyś to TY była przy mnie, abym to JA był przy tobie… Miałem nadzieję, że to ja
będę tym który da ci upragnioną córkę… Tak bardzo chciałem Cię uszczęśliwić…
Tak bardzo chciałem abyś była tuż obok… Wychowaj ją, wychowaj Anabel na tak
wspaniałą osobę jak Ty. Będę na Ciebie czekał…”
16 maj 2016
Aniołki
Dzwonek
przerwał ciszę panującą w całym domu. Brązowowłosa kobieta otworzyła drzwi i
uśmiechnęła się smutno na widok gościa.
-Zdajesz
sobie sprawę, że ona nie chce nikogo widzieć? – Pomimo mało zachęcającego
przywitania otworzyła szerzej drzwi wpuszczając młodego chłopaka.
-Wiem.
Dlatego przyszedłem. To już ponad tydzień, boję się o nią. – Powaga w jego
głosie przeczyła strachowi widocznemu w jego oczach.
-Chodź.
Udało mi się w nią wmusić trochę jedzenia, żeby nie nikła w oczach. Na zmianę
zakrywa się po szyję kocem i leży na łóżku lub siedzi w wannie… - zmartwienie
było wręcz wypisane na twarzy zarówno kobiety jak i czarnowłosego chłopaka.
-Pójdę
do niej.
Wszedł
po schodach automatycznie omijając skrzypiące fragmenty stopni. Przeszedł do
końca korytarza i delikatnie zastukał w drewniane drzwi. Odpowiedziała mu
głucha cisza. Wszedł powoli i zamknął za sobą drzwi.
-Sonia…?
– Stawiał ostrożnie kroki, jakby bał się, że zwinięta w kłębek dziewczyna się
spłoszy. Na dźwięk swojego imienia blondynka jedynie zesztywniała na chwilę.
Chłopak usiadł naprzeciw niej, na podłodze i próbował się doszukać zielonych
oczu pomiędzy pasmami kręconych włosów.
Rozejrzał
się dyskretnie po pokoju jak zwykle zagraconym różnymi rzeczami i stosami
ubrań. Kołdra została skopana, na łóżku został jedynie świąteczny kocyk, spod
którego wystawały stopy ubrane w skarpetki z pomponami o podobnej tematyce.
Uśmiechnął się w myślach na ten widok. Sam jej je dał, gdy przez całą zimę marudziła
na swe wieczne zimne nogi. Przyjrzał się jej uważnie i miał ochotę potarmosić
ją po głowie jak małe dziecko, widząc, do czego przytula głowę. Za poduszkę
robił jej wielki, biały miś, którego również dostała od niego. Wyciągnął
ostrożnie rękę w jej stronę i, nie widząc jakiejkolwiek reakcji, zaczął delikatnie
układać każdy kosmyk włosów. Gdy wreszcie udało mu się to zrobić oczy w kolorze
świeżej trawy otworzyły się nagle, a jego dłoń została zatrzymana w żelaznym
uścisku kilka centymetrów od jej twarzy. Poczuł delikatnie wbijające się
paznokcie, które ostrzegały go przed kolejnym krokiem.
-Martwiłem
się o ciebie. – Nastąpiła typowa dla nich niema walka.
Stalowoszare
tęczówki chłopaka przepełnione były troską, miłością i żalem, że te zielone
oczy patrzą na niego w taki pusty sposób. Po kilku minutach chłopak wygrał, a
oczy dziewczyny zapełniły się łzami. Zacisnęła powieki, a jej ciałem wstrząsnął
bezgłośny szloch. Po chwili z jej gardła wyrwał się przerażony krzyk, gdy
została nagle porwana w ramiona i zamknięta w uścisku. Przez chwilę próbowała
walczyć, lecz ciche słowa i znajome bicie serca uspokoiły ją momentalnie.
-Po co
to robisz…? – Ledwo słyszalne pytanie było pierwszymi słowami, jakie
wypowiedziała w ostatnim czasie.
-Bo
Cię kocham. I to, co się stało nie było zależne od nas. Spójrz tak: skoro nie
stało się to teraz to znaczy, że jeszcze nie czas. Nasz mały aniołek daje nam
więcej czasu, abyśmy mogli spokojnie zapewnić mu wszystko, co najlepsze. Damy
sobie radę, obiecuję. – Trwali w uścisku przez długi czas, aż w końcu
dziewczyna podniosła wzrok.
-Cyri…
- Jej spojrzenie mówiło więcej niż była w stanie powiedzieć. Patrzyli sobie w
oczy napełniając się nawzajem nową nadzieją. Ich usta zbliżyły się w końcu do
siebie i pocałowali się czule. Nie musieli nic mówić, aby wiedzieć, że teraz
wszystko się na nowo ułoży.
Gdyby
jednak otworzyli oczy i spojrzeli w okno zobaczyliby świetlistą postać małego
dziecka, które uśmiechało się lekko. Po chwili dołączyły do niego jeszcze dwie
postacie i trzy małe aniołki zniknęły, aby pojawić się za jakiś czas ponownie,
lecz tym razem wtulając się w swych rodziców.
18 mar 2016
Iskra
Pustka. Tylko to czuję. Nie
uśmiecham się pomimo pięknej pogody, zaczepiających mnie dzieci sąsiadów, ani
dźwięku ptaszków ćwierkających pomiędzy gałęziami.
Gdzie się podziałeś? Gdzie uciekły
wszystkie te piękne chwile? Gdzie te czułe pocałunki, słodkie słówka i tęskne
spojrzenia?
Kolejna stłuczona szklanka. Kolejne
rany na rękach, kolejna nieprzespana noc. Jeszcze rok temu szykowałam się do
sadzenia nowych kwiatów, wiosennych porządków i świątecznych poszukiwań zająca.
Patrzyłeś zawsze wtedy na mnie rozbawiony i powtarzałeś, że powinnam dorosnąć. Potem
porywałeś mnie w ramiona i zaciągałeś do sypialni.
Gdzie kłótnie o głupoty? Gdzie słone
łzy po zbędnych słowach? Gdzie ten gorący dotyk warg? Gdzie namiętne noce i
ostre poranki?
Wyrzucam pościel, większość ubrań
i wspólne rzeczy. Kiedyś zbieraliśmy wszystko, co mogło nam przypominać
niektóre dni. Teraz, gdy na to wszystko patrzę nie czuję nic. Nie rozumiem, co
tak nam się podobało na wyjeździe w góry, wycieczce do lasu czy choćby głupim spacerze
po parku. Nie czuję dawnej goryczy po nieprzyjemnych wymianach zdań, nie
wzruszają mnie te wszystkie romantyczne gesty.
Gdzie te wszystkie uczucia, jakie
we mnie wzbudzałeś? Gdzie te słowa, które tak zapewniały o trwaniu przy sobie
do końca?
Dziś zobaczyłam Cię po długim
czasie. Jesteś nieco bledszy, małomówny i nie patrzysz mi w oczy. Sama pewnie
lepiej nie wyglądam. Ale oboje wiemy, że dalsza gra jest bezowocna. Wszystko minęło.
Ogień wygasł. Musimy opatrzyć poparzenia i iść dalej pomiędzy falami
codzienności i sztormami rzeczywistości. Sami. Bez wzajemnej ochrony i wsparcia
brniemy pomiędzy zgniliznę tego świata.
Po to, aby za pewien czas
ponownie paść sobie w ramiona i ostatnią zapałką rozświetlić drogę naszego
życia.
11 lut 2016
Troska
Kap, kap, kap.
Kolejne niewyjaśnione sprawy. Ciągłe drążenie tego samego.
Noce pełne łez lub rozmów o
niczym, byle tylko nie poruszyć TEGO tematu.
Kap, kap, kap.
Stajesz się coraz bardziej nerwowy. Coraz częściej pokazujesz
swoje niezadowolenie. Zaczynasz się ze mną kłócić, – czego nigdy nie robiłeś.
Kap, kap, kap.
Moja psychika powoli wysiada. Przestaje normalnie sypiać,
przez co mam migreny a co za tym idzie biorę coraz więcej tabletek. Powoli nie mamy
o czym rozmawiać, ograniczamy się do podstawowych informacji. Stajemy po dwóch
stronach barykady.
Kap, kap, kap.
Tracę chęci do życia z każdą wiadomością pełną wyrzutów. Nie
potrafię unieść tego brzemienia, które do tej pory chowałam głęboko do szafy.
Chciałam o tym zapomnieć, uznać to za mit. Lecz w każdym micie i legendzie jest
ziarno prawdy.
Kap, kap, kap.
Zaczynasz naciskać.
Chcesz abym w końcu zmierzyła się z prawdą. Nie rozumiesz jak fatalne to może
mieć skutki. Nie tylko dla nas. Nie obchodzi cię to, że obciążasz moje
sumienie.
Kap, kap, kap.
Nie wytrzymuję. Robię to co mi kazałeś. Staram się trzymać
wysoko głowę, lecz żal i strach ściskają mnie niczym wąż; powoli uniemożliwiają
oddychanie, ruchy, życie…
Kap, kap, kap.
Stało się. Nasz „problem” zginął. Dosłownie. Ciekawa jestem czy
ty też postąpiłbyś tak na jego miejscu. Na moim miejscu. Lecz teraz to bez znaczenia.
Za późno. Zwłaszcza dla nas.
Kap, kap, kap.
Nie dam rady żyć ze splamionymi cudzą krwią rękami. To nie moja
wina, lecz gdybym rozegrała to inaczej…
Kap, kap, kap…
Przed oczami mam twoją twarz. Wyobrażam sobie twoje
spojrzenie pełne zawodu i smutku. Wyobrażam sobie twoje usta błagające abym
przestała; abym odłożyła to wszystko i wróciła do ciebie. Nadaremno.
Kap, kap.
Wystukuję ostatnie litery i wysyłam. Nie mogę odejść bez
pożegnania. Nie minęła chwila, a zaczynasz dzwonić. Na próżno. Nie mam sił
odebrać. Ręce bezwładnie leżą na moim zabrudzonym brzuchu. Powoli tracę w nich czucie.
Kap.
Czerwień. Zdecydowanie nie mój kolor. Ale cóż poradzić na to,
że krew człowieka jest taka, a nie inna. Udaje mi się resztką sił odebrać
wiadomość od ciebie. Błagasz, przepraszasz, zaklinasz mnie. Niepotrzebnie. Już
za późno.
Kap…
Nic nie widzę. Moje ciało stało się okrutnie ciężkie, by po chwili
niemal unieść się niczym pyłek. Ogarnia mnie przyjemne ciepło. Znajome ręce
ciągną mnie do siebie. Czuję JEGO zapach. JEGO łzy spływają na moją twarz. JEGO
usta całują moje niewidome oczy, zimne policzki i zlepione włosy.
… Kap …
Nigdy nie odpuścisz, co? Nawet TU będziesz pilnował, aby nikt
między nami nie stanął. Nawet śmierć.
23 sty 2016
Dobranoc
Od zawsze sama sobie
podkładałam kłody pod nogi. A to nie chciało mi się czegoś zrobić, albo coś
ukrywałam, albo kłamałam…
No właśnie. Kłamstwo. To jedyne,
co potrafiłam bezbłędnie. Tworzyłam wokół siebie wizerunek kogoś, kim nie byłam
dzięki kłamstwu…
Gdy byłam młoda i głupia
poznałam chłopaka, który zawrócił mi w głowie z ogromną mocą. Długo nie mogłam
się podnieść po naszym rozstaniu. Związek trwał krótko, ale to co czułam byłam
tak silne, że stojąc niemal dziesięć lat później w miejscu gdzie się pierwszy
raz całowaliśmy dalej czułam to podekscytowanie. Ten ogień ogarniający moje
ciało. Tą miłość…
Miłość. Cóż to jest? Ani to
przyjemne, ani straszne. Jest wszystkim i niczym. Podobnie jak my…
No tak. „MY”. W pewnym
momencie mojego życia trafił się ON. Niby nikt. Na początku nie zwracałam na
niego uwagi. Po jakimś czasie zapragnęłam się jednak nim zainteresować…
Nie był to szczyt mych marzeń.
Ani on specjalnie ładny, ani inteligentny. Nie był ani bogaty, ani nie miał
jakiegoś specjalnego poszanowania wśród innych. Był zwykłym chłopakiem. A ja mu
wmówiłam zupełnie coś innego…
Na początku wiedział, że to
tylko taka gra, ale był zbyt zamknięty w sobie. Cóż miałam zrobić? Zaczęłam go
karmić kłamstwami. A to, że jestem w nim szczerze zakochana; a to, że jest moim
marzeniem; a to tylko przy nim czuję się bezpiecznie…
Gra toczyła się wiele lat. Wszyscy
byli przekonani, że rzeczywiście go kocham. Sama nawet w to wierzyłam. Jednak
głęboko w sercu miałam nadzieję, że on mnie w końcu przejrzy i to skończy…
Wszystko mieliśmy już niemal
od początku zaplanowane. Najpierw matura, potem praca, ślub, dom i dzieci.
Odbyliśmy wiele rozmów na ten temat. Wydawało się, że mamy już idealnie
zaplanowane życie. Wydawało…
Nadszedł TEN dzień. Wszyscy
wzruszeni i spokojni, jeśli chodzi o ciąg wydarzeń. Żadnej gafy, zająknięcia, nic,
co zakłóciłoby przebieg ceremonii. Byłam piękną panną młodą. Szkoda, że gdy
mówiłam słowa przysięgi coś rwało mnie za serce krzycząc, że to nie tego chcę
za męża. Było jednak za późno…
Układało nam się idealnie.
Mieliśmy dom z ogródkiem, stałe dochody, przyjaciół, wspierającą nas rodzinę…
Brakowało tylko jednego. Dzieci.
Zdecydowaliśmy się na nasze
małe skarby. Dla mnie miały być ostatnią nadzieją na to, że jednak poczuję do
niego coś więcej. Myślałam, że gdy zobaczę w nim idealnego ojca w końcu moje
uczucia się zmienią. Nadzieja matką głupich…
Ciąża przebiegła bezproblemowo. Nie chcieliśmy znać płci, woleliśmy mieć niespodziankę. W końcu przyszedł czas, aby przywitać nasze maleństwo…
Ciąża przebiegła bezproblemowo. Nie chcieliśmy znać płci, woleliśmy mieć niespodziankę. W końcu przyszedł czas, aby przywitać nasze maleństwo…
Jednak to nie był szczęśliwy
dzień. Wszystko źle wróżyło. Rozsypałam sól; on się poślizgnął i cudem uniknął
uderzenia w kant kominka; nasz pies uciekł; gdy odeszły mi wody zepsuło się
auto. Wszystko było przeciwko nam…
Bolało bardziej niż myślałam.
Krzyczałam na niego, że to jego wina, że go nienawidzę, że go nie kocham… A on
mnie słuchał i przytakiwał gładząc moją rękę. Coś we mnie pękło…
W szpitalu dostałam silne
leki. Ledwo kontaktowałam z bólu i odurzenia tabletkami. Jednak uparłam się,
aby rodzić naturalnie. I wreszcie urodziła się nasza mała córeczka…
Zemdlałam z wysiłku na parę
chwil, jednak wybudził mnie jej cichy płacz. Nie wrzask, o którym się zawsze
mówi, tylko cichutkie łkanie. Lekarz spojrzał na mnie ze współczuciem i podał
mi tę kruszynkę. Wydawało się, że zasypia…
Dopiero, gdy usłyszałam jego
szloch dotarło do mnie, co się dzieje. Ona umierała… Moja mała nadzieja
umierała na moich rękach. Poczułam, że jesteśmy obejmowane przez jej ojca…
To była jego wina. Skazał mnie
na cierpienie, a tę niewinną duszyczkę na śmierć. To wszystko przez niego…
Patrzyłam na zaciśnięte oczka
mojej córeczki. Jej mała piąstka zacisnęła się na mojej bluzce. Jej ciało
zaczęło się robić blade i sztywne. Przestała oddychać. Ostatnie, co usłyszałam
z jej małych usteczek to cichuteńkie mruknięcie. Zabrzmiało jakby chciała spać,
a my jej przeszkadzaliśmy. Więc zamilkłam, aby mogła spać spokojnie…
Niemal dwa lata nam zajęło
postanowienie o kolejnej próbie. Nam… Nie. Jemu. Ja nie byłam gotowa. Nie
chciałam mieć dziecka, nie z nim. Od śmierci maleńkiej Anabel niemal się nie
odzywałam, gdy nie było takiej potrzeby. Uśmiechałam się, pracowałam, robiłam
to co wcześniej. Jednak wolałam być cicho, aby JEJ nie budzić…
Kiedy wbrew woli zaszłam
ponownie w ciążę załamałam się. Kryłam się przed wzrokiem innych, wolałam
siedzieć sama i myśleć, co by było gdyby jednak moja dziecinka wtedy
postanowiła nie spać…
Nie odważyłam się pójść na jej
grób. Nie chciałam, aby zobaczyła, że została zastąpiona. To ona była moim
wymarzonym dzieckiem…
Gdy nadszedł termin porodu, a
mi odeszły wody zostałam natychmiast zabrana autem do szpitala. Nie miałam nic
do gadania, zostałam bez zbędnych ceregieli wysłana na cesarskie cięcie. On tak
bardzo chciał mieć dziecko…
Coś się jednak nie udało. Mój
organizm był zbyt delikatny, a lekarz zbyt ostry. Nie mogli zatamować
krwawienia. Wyciągnęli ze mnie JEGO dziecko i starali się coś zrobić z ciągle lecącą
krwią z miejsca nacięcia. Czułam jak on trzyma mnie za rękę i powtarza, że mamy
synka, że mam się nie poddawać i wrócić z nimi do domu. Spojrzałam na niego
ostatni raz i powiedziałam mu „dobranoc”…
Przez chwilę słyszałam jeszcze
jego płacz, krzyk tego chłopca i krzątaninę lekarzy. Potem ogarnęła mnie
ciemność. Nie widziałam, nie słyszałam, nie czułam…
Do pewnego momentu. Zobaczyłam jasne światło i usłyszałam cichy płacz. Ten sam, który kiedyś pokochałam. Poczułam ciągnące mnie za spódnice rączki dwuletniej dziewczynki. Miała zaciśnięte oczka, jedną rączkę puściła wzdłuż drobnego ciałka, a drugą trzymała kurczowo zaciśniętą na materiale…
Do pewnego momentu. Zobaczyłam jasne światło i usłyszałam cichy płacz. Ten sam, który kiedyś pokochałam. Poczułam ciągnące mnie za spódnice rączki dwuletniej dziewczynki. Miała zaciśnięte oczka, jedną rączkę puściła wzdłuż drobnego ciałka, a drugą trzymała kurczowo zaciśniętą na materiale…
16 sty 2016
Mój sen 3 (część)
Szliśmy szybko przez
długie korytarze, ozdabiane najróżniejszymi obrazami. Sufit, podobnie jak w
sypialni, był niezwykle wysoko. Na marmurowej posadce był rozłożony bordowy
dywan. Kamienne ściany przyprawiały o dreszcze, wraz z palącymi się
świecznikami na nich.
Minęliśmy około pięciu
par drzwi i zatrzymaliśmy się przed dwuskrzydłowymi wrotami. Kohaku otworzył je
przede mną kłaniając się lekko. Weszłam do ogromnej sali balowej. Okna długie
na kilka metrów zaczynały się niemal przy podłodze i pięły się do samego
sufitu, z którego zwieszone były kryształowe żyrandole. Kremowe ściany ozdabiały
gobeliny przedstawiające te same rzeczy, ale z różnych etapów czasowych. Na oko
najstarszy z nich, przedstawiał dwie dłonie złączone ze sobą i otaczające je jakby
ochronnie czarne skrzydła. Na kolejnych ręce się rozdzielały aż na ostatnim
wizerunku odsunięte były całkowicie. Gdy przyjrzałam się skrzydłom zauważyłam,
że wraz z rozsuwającymi się dłońmi rozkładały się i bielały.
Przeszłam wzdłuż
ściany. Pokój był okrągły. Potężne filary wzniesiono tak, aby nie zasłaniały
okien. Naprzeciw drzwi znajdował się kominek. Albo raczej komin, bo swą
wielkością przypominał drzwi garażowe, przez które Mikołaj miał wlecieć
saniami. Czułam, że to pomieszczenie jest otoczone aurą tajemnicy. Bardzo
chciałam wiedzieć jakiej i mimo że jeszcze jej nie znałam, miałam wrażenie, iż
jest bliska mojemu sercu.
Przebiegłam na środek sali
i zakręciłam się wokół własnej osi zamykając oczy. Byłam tu już. Nie wiem
kiedy, ale wiem, że już tu byłam.
-Wróciłam… -
Zatrzymałam się, lecz dalej czułam, że świat wiruje. Głowa zaczęła mnie
okropnie boleć. Poczułam ostry ból w boku. Krzyknęłam i upadłam trzymając się
za bolące miejsce. Widziałam tłoczących się wokół mnie ludzi i kogoś stojącego
przede mną z zakrwawionym sztyletem w ręku. Zrobiło mi się słabo, zaczęłam
tracić kontakt z tym, co się dzieje. Słyszałam przerażone krzyki ludzi i
upiorny śmiech. Obraz zaczął robić się czarny, chłodna posadzka jakby dzieliła się
ze mną swym zimnem. Chaos wokół zaczął się mieszać.
Nagle wszystko ustało.
Otworzyłam zaciśnięte do tej pory powieki i spojrzałam na trzymającego mnie anioła.
Wtuliłam się w niego przerażona. Po chwili jednak dotarło do mnie, co robię i
odsunęłam się od niego. Wszyscy ludzie zniknęli, znowu byliśmy sami.
-Co się stało? – Lekko
otępiała spojrzałam na niego, po czym skierowałam wzrok na sukienkę. Wyglądała
tak jak wcześniej, bok mnie już nie bolał, a ręce nie były zakrwawione.
-Miałaś wizję,
panienko. – Jego, uwaga, delikatny głos uspokoił mnie mimowolnie. – A raczej
nie tyle wizję, co retrospekcję. Zobaczyłaś to, co się stało z Twoim
wcześniejszym wcieleniem w tym miejscu.
-Jakim co?! –
Stwierdzenie, że doznałam szoku to mało powiedziane. – O czym ty mówisz?
-A myślałem, że jednak
posiadasz odrobinę inteligencji… Nie jesteś byle kim. Jesteś jedną z… Dlate… -
Nie miałam pojęcia, co mówi. Obraz zaczął się rozmazywać aż w końcu nic nie
widziałam. Zaczęłam tracić grunt pod nogami. Ogarnęła mnie pustka…
… a potem
poczułam jak otacza mnie ciepło. Usłyszałam szelest pościeli. Otworzyłam oczy i
zobaczyłam swój czerwony sufit.
*****
Cdn
Subskrybuj:
Posty (Atom)