Kap, kap, kap.
Kolejne niewyjaśnione sprawy. Ciągłe drążenie tego samego.
Noce pełne łez lub rozmów o
niczym, byle tylko nie poruszyć TEGO tematu.
Kap, kap, kap.
Stajesz się coraz bardziej nerwowy. Coraz częściej pokazujesz
swoje niezadowolenie. Zaczynasz się ze mną kłócić, – czego nigdy nie robiłeś.
Kap, kap, kap.
Moja psychika powoli wysiada. Przestaje normalnie sypiać,
przez co mam migreny a co za tym idzie biorę coraz więcej tabletek. Powoli nie mamy
o czym rozmawiać, ograniczamy się do podstawowych informacji. Stajemy po dwóch
stronach barykady.
Kap, kap, kap.
Tracę chęci do życia z każdą wiadomością pełną wyrzutów. Nie
potrafię unieść tego brzemienia, które do tej pory chowałam głęboko do szafy.
Chciałam o tym zapomnieć, uznać to za mit. Lecz w każdym micie i legendzie jest
ziarno prawdy.
Kap, kap, kap.
Zaczynasz naciskać.
Chcesz abym w końcu zmierzyła się z prawdą. Nie rozumiesz jak fatalne to może
mieć skutki. Nie tylko dla nas. Nie obchodzi cię to, że obciążasz moje
sumienie.
Kap, kap, kap.
Nie wytrzymuję. Robię to co mi kazałeś. Staram się trzymać
wysoko głowę, lecz żal i strach ściskają mnie niczym wąż; powoli uniemożliwiają
oddychanie, ruchy, życie…
Kap, kap, kap.
Stało się. Nasz „problem” zginął. Dosłownie. Ciekawa jestem czy
ty też postąpiłbyś tak na jego miejscu. Na moim miejscu. Lecz teraz to bez znaczenia.
Za późno. Zwłaszcza dla nas.
Kap, kap, kap.
Nie dam rady żyć ze splamionymi cudzą krwią rękami. To nie moja
wina, lecz gdybym rozegrała to inaczej…
Kap, kap, kap…
Przed oczami mam twoją twarz. Wyobrażam sobie twoje
spojrzenie pełne zawodu i smutku. Wyobrażam sobie twoje usta błagające abym
przestała; abym odłożyła to wszystko i wróciła do ciebie. Nadaremno.
Kap, kap.
Wystukuję ostatnie litery i wysyłam. Nie mogę odejść bez
pożegnania. Nie minęła chwila, a zaczynasz dzwonić. Na próżno. Nie mam sił
odebrać. Ręce bezwładnie leżą na moim zabrudzonym brzuchu. Powoli tracę w nich czucie.
Kap.
Czerwień. Zdecydowanie nie mój kolor. Ale cóż poradzić na to,
że krew człowieka jest taka, a nie inna. Udaje mi się resztką sił odebrać
wiadomość od ciebie. Błagasz, przepraszasz, zaklinasz mnie. Niepotrzebnie. Już
za późno.
Kap…
Nic nie widzę. Moje ciało stało się okrutnie ciężkie, by po chwili
niemal unieść się niczym pyłek. Ogarnia mnie przyjemne ciepło. Znajome ręce
ciągną mnie do siebie. Czuję JEGO zapach. JEGO łzy spływają na moją twarz. JEGO
usta całują moje niewidome oczy, zimne policzki i zlepione włosy.
… Kap …
Nigdy nie odpuścisz, co? Nawet TU będziesz pilnował, aby nikt
między nami nie stanął. Nawet śmierć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz