Dzwonek
przerwał ciszę panującą w całym domu. Brązowowłosa kobieta otworzyła drzwi i
uśmiechnęła się smutno na widok gościa.
-Zdajesz
sobie sprawę, że ona nie chce nikogo widzieć? – Pomimo mało zachęcającego
przywitania otworzyła szerzej drzwi wpuszczając młodego chłopaka.
-Wiem.
Dlatego przyszedłem. To już ponad tydzień, boję się o nią. – Powaga w jego
głosie przeczyła strachowi widocznemu w jego oczach.
-Chodź.
Udało mi się w nią wmusić trochę jedzenia, żeby nie nikła w oczach. Na zmianę
zakrywa się po szyję kocem i leży na łóżku lub siedzi w wannie… - zmartwienie
było wręcz wypisane na twarzy zarówno kobiety jak i czarnowłosego chłopaka.
-Pójdę
do niej.
Wszedł
po schodach automatycznie omijając skrzypiące fragmenty stopni. Przeszedł do
końca korytarza i delikatnie zastukał w drewniane drzwi. Odpowiedziała mu
głucha cisza. Wszedł powoli i zamknął za sobą drzwi.
-Sonia…?
– Stawiał ostrożnie kroki, jakby bał się, że zwinięta w kłębek dziewczyna się
spłoszy. Na dźwięk swojego imienia blondynka jedynie zesztywniała na chwilę.
Chłopak usiadł naprzeciw niej, na podłodze i próbował się doszukać zielonych
oczu pomiędzy pasmami kręconych włosów.
Rozejrzał
się dyskretnie po pokoju jak zwykle zagraconym różnymi rzeczami i stosami
ubrań. Kołdra została skopana, na łóżku został jedynie świąteczny kocyk, spod
którego wystawały stopy ubrane w skarpetki z pomponami o podobnej tematyce.
Uśmiechnął się w myślach na ten widok. Sam jej je dał, gdy przez całą zimę marudziła
na swe wieczne zimne nogi. Przyjrzał się jej uważnie i miał ochotę potarmosić
ją po głowie jak małe dziecko, widząc, do czego przytula głowę. Za poduszkę
robił jej wielki, biały miś, którego również dostała od niego. Wyciągnął
ostrożnie rękę w jej stronę i, nie widząc jakiejkolwiek reakcji, zaczął delikatnie
układać każdy kosmyk włosów. Gdy wreszcie udało mu się to zrobić oczy w kolorze
świeżej trawy otworzyły się nagle, a jego dłoń została zatrzymana w żelaznym
uścisku kilka centymetrów od jej twarzy. Poczuł delikatnie wbijające się
paznokcie, które ostrzegały go przed kolejnym krokiem.
-Martwiłem
się o ciebie. – Nastąpiła typowa dla nich niema walka.
Stalowoszare
tęczówki chłopaka przepełnione były troską, miłością i żalem, że te zielone
oczy patrzą na niego w taki pusty sposób. Po kilku minutach chłopak wygrał, a
oczy dziewczyny zapełniły się łzami. Zacisnęła powieki, a jej ciałem wstrząsnął
bezgłośny szloch. Po chwili z jej gardła wyrwał się przerażony krzyk, gdy
została nagle porwana w ramiona i zamknięta w uścisku. Przez chwilę próbowała
walczyć, lecz ciche słowa i znajome bicie serca uspokoiły ją momentalnie.
-Po co
to robisz…? – Ledwo słyszalne pytanie było pierwszymi słowami, jakie
wypowiedziała w ostatnim czasie.
-Bo
Cię kocham. I to, co się stało nie było zależne od nas. Spójrz tak: skoro nie
stało się to teraz to znaczy, że jeszcze nie czas. Nasz mały aniołek daje nam
więcej czasu, abyśmy mogli spokojnie zapewnić mu wszystko, co najlepsze. Damy
sobie radę, obiecuję. – Trwali w uścisku przez długi czas, aż w końcu
dziewczyna podniosła wzrok.
-Cyri…
- Jej spojrzenie mówiło więcej niż była w stanie powiedzieć. Patrzyli sobie w
oczy napełniając się nawzajem nową nadzieją. Ich usta zbliżyły się w końcu do
siebie i pocałowali się czule. Nie musieli nic mówić, aby wiedzieć, że teraz
wszystko się na nowo ułoży.
Gdyby
jednak otworzyli oczy i spojrzeli w okno zobaczyliby świetlistą postać małego
dziecka, które uśmiechało się lekko. Po chwili dołączyły do niego jeszcze dwie
postacie i trzy małe aniołki zniknęły, aby pojawić się za jakiś czas ponownie,
lecz tym razem wtulając się w swych rodziców.