Od zawsze sama sobie
podkładałam kłody pod nogi. A to nie chciało mi się czegoś zrobić, albo coś
ukrywałam, albo kłamałam…
No właśnie. Kłamstwo. To jedyne,
co potrafiłam bezbłędnie. Tworzyłam wokół siebie wizerunek kogoś, kim nie byłam
dzięki kłamstwu…
Gdy byłam młoda i głupia
poznałam chłopaka, który zawrócił mi w głowie z ogromną mocą. Długo nie mogłam
się podnieść po naszym rozstaniu. Związek trwał krótko, ale to co czułam byłam
tak silne, że stojąc niemal dziesięć lat później w miejscu gdzie się pierwszy
raz całowaliśmy dalej czułam to podekscytowanie. Ten ogień ogarniający moje
ciało. Tą miłość…
Miłość. Cóż to jest? Ani to
przyjemne, ani straszne. Jest wszystkim i niczym. Podobnie jak my…
No tak. „MY”. W pewnym
momencie mojego życia trafił się ON. Niby nikt. Na początku nie zwracałam na
niego uwagi. Po jakimś czasie zapragnęłam się jednak nim zainteresować…
Nie był to szczyt mych marzeń.
Ani on specjalnie ładny, ani inteligentny. Nie był ani bogaty, ani nie miał
jakiegoś specjalnego poszanowania wśród innych. Był zwykłym chłopakiem. A ja mu
wmówiłam zupełnie coś innego…
Na początku wiedział, że to
tylko taka gra, ale był zbyt zamknięty w sobie. Cóż miałam zrobić? Zaczęłam go
karmić kłamstwami. A to, że jestem w nim szczerze zakochana; a to, że jest moim
marzeniem; a to tylko przy nim czuję się bezpiecznie…
Gra toczyła się wiele lat. Wszyscy
byli przekonani, że rzeczywiście go kocham. Sama nawet w to wierzyłam. Jednak
głęboko w sercu miałam nadzieję, że on mnie w końcu przejrzy i to skończy…
Wszystko mieliśmy już niemal
od początku zaplanowane. Najpierw matura, potem praca, ślub, dom i dzieci.
Odbyliśmy wiele rozmów na ten temat. Wydawało się, że mamy już idealnie
zaplanowane życie. Wydawało…
Nadszedł TEN dzień. Wszyscy
wzruszeni i spokojni, jeśli chodzi o ciąg wydarzeń. Żadnej gafy, zająknięcia, nic,
co zakłóciłoby przebieg ceremonii. Byłam piękną panną młodą. Szkoda, że gdy
mówiłam słowa przysięgi coś rwało mnie za serce krzycząc, że to nie tego chcę
za męża. Było jednak za późno…
Układało nam się idealnie.
Mieliśmy dom z ogródkiem, stałe dochody, przyjaciół, wspierającą nas rodzinę…
Brakowało tylko jednego. Dzieci.
Zdecydowaliśmy się na nasze
małe skarby. Dla mnie miały być ostatnią nadzieją na to, że jednak poczuję do
niego coś więcej. Myślałam, że gdy zobaczę w nim idealnego ojca w końcu moje
uczucia się zmienią. Nadzieja matką głupich…
Ciąża przebiegła bezproblemowo. Nie chcieliśmy znać płci, woleliśmy mieć niespodziankę. W końcu przyszedł czas, aby przywitać nasze maleństwo…
Ciąża przebiegła bezproblemowo. Nie chcieliśmy znać płci, woleliśmy mieć niespodziankę. W końcu przyszedł czas, aby przywitać nasze maleństwo…
Jednak to nie był szczęśliwy
dzień. Wszystko źle wróżyło. Rozsypałam sól; on się poślizgnął i cudem uniknął
uderzenia w kant kominka; nasz pies uciekł; gdy odeszły mi wody zepsuło się
auto. Wszystko było przeciwko nam…
Bolało bardziej niż myślałam.
Krzyczałam na niego, że to jego wina, że go nienawidzę, że go nie kocham… A on
mnie słuchał i przytakiwał gładząc moją rękę. Coś we mnie pękło…
W szpitalu dostałam silne
leki. Ledwo kontaktowałam z bólu i odurzenia tabletkami. Jednak uparłam się,
aby rodzić naturalnie. I wreszcie urodziła się nasza mała córeczka…
Zemdlałam z wysiłku na parę
chwil, jednak wybudził mnie jej cichy płacz. Nie wrzask, o którym się zawsze
mówi, tylko cichutkie łkanie. Lekarz spojrzał na mnie ze współczuciem i podał
mi tę kruszynkę. Wydawało się, że zasypia…
Dopiero, gdy usłyszałam jego
szloch dotarło do mnie, co się dzieje. Ona umierała… Moja mała nadzieja
umierała na moich rękach. Poczułam, że jesteśmy obejmowane przez jej ojca…
To była jego wina. Skazał mnie
na cierpienie, a tę niewinną duszyczkę na śmierć. To wszystko przez niego…
Patrzyłam na zaciśnięte oczka
mojej córeczki. Jej mała piąstka zacisnęła się na mojej bluzce. Jej ciało
zaczęło się robić blade i sztywne. Przestała oddychać. Ostatnie, co usłyszałam
z jej małych usteczek to cichuteńkie mruknięcie. Zabrzmiało jakby chciała spać,
a my jej przeszkadzaliśmy. Więc zamilkłam, aby mogła spać spokojnie…
Niemal dwa lata nam zajęło
postanowienie o kolejnej próbie. Nam… Nie. Jemu. Ja nie byłam gotowa. Nie
chciałam mieć dziecka, nie z nim. Od śmierci maleńkiej Anabel niemal się nie
odzywałam, gdy nie było takiej potrzeby. Uśmiechałam się, pracowałam, robiłam
to co wcześniej. Jednak wolałam być cicho, aby JEJ nie budzić…
Kiedy wbrew woli zaszłam
ponownie w ciążę załamałam się. Kryłam się przed wzrokiem innych, wolałam
siedzieć sama i myśleć, co by było gdyby jednak moja dziecinka wtedy
postanowiła nie spać…
Nie odważyłam się pójść na jej
grób. Nie chciałam, aby zobaczyła, że została zastąpiona. To ona była moim
wymarzonym dzieckiem…
Gdy nadszedł termin porodu, a
mi odeszły wody zostałam natychmiast zabrana autem do szpitala. Nie miałam nic
do gadania, zostałam bez zbędnych ceregieli wysłana na cesarskie cięcie. On tak
bardzo chciał mieć dziecko…
Coś się jednak nie udało. Mój
organizm był zbyt delikatny, a lekarz zbyt ostry. Nie mogli zatamować
krwawienia. Wyciągnęli ze mnie JEGO dziecko i starali się coś zrobić z ciągle lecącą
krwią z miejsca nacięcia. Czułam jak on trzyma mnie za rękę i powtarza, że mamy
synka, że mam się nie poddawać i wrócić z nimi do domu. Spojrzałam na niego
ostatni raz i powiedziałam mu „dobranoc”…
Przez chwilę słyszałam jeszcze
jego płacz, krzyk tego chłopca i krzątaninę lekarzy. Potem ogarnęła mnie
ciemność. Nie widziałam, nie słyszałam, nie czułam…
Do pewnego momentu. Zobaczyłam jasne światło i usłyszałam cichy płacz. Ten sam, który kiedyś pokochałam. Poczułam ciągnące mnie za spódnice rączki dwuletniej dziewczynki. Miała zaciśnięte oczka, jedną rączkę puściła wzdłuż drobnego ciałka, a drugą trzymała kurczowo zaciśniętą na materiale…
Do pewnego momentu. Zobaczyłam jasne światło i usłyszałam cichy płacz. Ten sam, który kiedyś pokochałam. Poczułam ciągnące mnie za spódnice rączki dwuletniej dziewczynki. Miała zaciśnięte oczka, jedną rączkę puściła wzdłuż drobnego ciałka, a drugą trzymała kurczowo zaciśniętą na materiale…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz