23 sty 2016

Dobranoc

  Od zawsze sama sobie podkładałam kłody pod nogi. A to nie chciało mi się czegoś zrobić, albo coś ukrywałam, albo kłamałam…
  No właśnie. Kłamstwo. To jedyne, co potrafiłam bezbłędnie. Tworzyłam wokół siebie wizerunek kogoś, kim nie byłam dzięki kłamstwu…
  Gdy byłam młoda i głupia poznałam chłopaka, który zawrócił mi w głowie z ogromną mocą. Długo nie mogłam się podnieść po naszym rozstaniu. Związek trwał krótko, ale to co czułam byłam tak silne, że stojąc niemal dziesięć lat później w miejscu gdzie się pierwszy raz całowaliśmy dalej czułam to podekscytowanie. Ten ogień ogarniający moje ciało. Tą miłość…
  Miłość. Cóż to jest? Ani to przyjemne, ani straszne. Jest wszystkim i niczym. Podobnie jak my…
  No tak. „MY”. W pewnym momencie mojego życia trafił się ON. Niby nikt. Na początku nie zwracałam na niego uwagi. Po jakimś czasie zapragnęłam się jednak nim zainteresować…
  Nie był to szczyt mych marzeń. Ani on specjalnie ładny, ani inteligentny. Nie był ani bogaty, ani nie miał jakiegoś specjalnego poszanowania wśród innych. Był zwykłym chłopakiem. A ja mu wmówiłam zupełnie coś innego…
  Na początku wiedział, że to tylko taka gra, ale był zbyt zamknięty w sobie. Cóż miałam zrobić? Zaczęłam go karmić kłamstwami. A to, że jestem w nim szczerze zakochana; a to, że jest moim marzeniem; a to tylko przy nim czuję się bezpiecznie…
  Gra toczyła się wiele lat. Wszyscy byli przekonani, że rzeczywiście go kocham. Sama nawet w to wierzyłam. Jednak głęboko w sercu miałam nadzieję, że on mnie w końcu przejrzy i to skończy…
  Wszystko mieliśmy już niemal od początku zaplanowane. Najpierw matura, potem praca, ślub, dom i dzieci. Odbyliśmy wiele rozmów na ten temat. Wydawało się, że mamy już idealnie zaplanowane życie. Wydawało…
  Nadszedł TEN dzień. Wszyscy wzruszeni i spokojni, jeśli chodzi o ciąg wydarzeń. Żadnej gafy, zająknięcia, nic, co zakłóciłoby przebieg ceremonii. Byłam piękną panną młodą. Szkoda, że gdy mówiłam słowa przysięgi coś rwało mnie za serce krzycząc, że to nie tego chcę za męża. Było jednak za późno…
  Układało nam się idealnie. Mieliśmy dom z ogródkiem, stałe dochody, przyjaciół, wspierającą nas rodzinę… Brakowało tylko jednego. Dzieci.
  Zdecydowaliśmy się na nasze małe skarby. Dla mnie miały być ostatnią nadzieją na to, że jednak poczuję do niego coś więcej. Myślałam, że gdy zobaczę w nim idealnego ojca w końcu moje uczucia się zmienią. Nadzieja matką głupich…
 Ciąża przebiegła bezproblemowo. Nie chcieliśmy znać płci, woleliśmy mieć niespodziankę. W końcu przyszedł czas, aby przywitać nasze maleństwo…
  Jednak to nie był szczęśliwy dzień. Wszystko źle wróżyło. Rozsypałam sól; on się poślizgnął i cudem uniknął uderzenia w kant kominka; nasz pies uciekł; gdy odeszły mi wody zepsuło się auto. Wszystko było przeciwko nam…
  Bolało bardziej niż myślałam. Krzyczałam na niego, że to jego wina, że go nienawidzę, że go nie kocham… A on mnie słuchał i przytakiwał gładząc moją rękę. Coś we mnie pękło…
  W szpitalu dostałam silne leki. Ledwo kontaktowałam z bólu i odurzenia tabletkami. Jednak uparłam się, aby rodzić naturalnie. I wreszcie urodziła się nasza mała córeczka…
  Zemdlałam z wysiłku na parę chwil, jednak wybudził mnie jej cichy płacz. Nie wrzask, o którym się zawsze mówi, tylko cichutkie łkanie. Lekarz spojrzał na mnie ze współczuciem i podał mi tę kruszynkę. Wydawało się, że zasypia…
  Dopiero, gdy usłyszałam jego szloch dotarło do mnie, co się dzieje. Ona umierała… Moja mała nadzieja umierała na moich rękach. Poczułam, że jesteśmy obejmowane przez jej ojca…
  To była jego wina. Skazał mnie na cierpienie, a tę niewinną duszyczkę na śmierć. To wszystko przez niego…
  Patrzyłam na zaciśnięte oczka mojej córeczki. Jej mała piąstka zacisnęła się na mojej bluzce. Jej ciało zaczęło się robić blade i sztywne. Przestała oddychać. Ostatnie, co usłyszałam z jej małych usteczek to cichuteńkie mruknięcie. Zabrzmiało jakby chciała spać, a my jej przeszkadzaliśmy. Więc zamilkłam, aby mogła spać spokojnie…
  Niemal dwa lata nam zajęło postanowienie o kolejnej próbie. Nam… Nie. Jemu. Ja nie byłam gotowa. Nie chciałam mieć dziecka, nie z nim. Od śmierci maleńkiej Anabel niemal się nie odzywałam, gdy nie było takiej potrzeby. Uśmiechałam się, pracowałam, robiłam to co wcześniej. Jednak wolałam być cicho, aby JEJ nie budzić…
  Kiedy wbrew woli zaszłam ponownie w ciążę załamałam się. Kryłam się przed wzrokiem innych, wolałam siedzieć sama i myśleć, co by było gdyby jednak moja dziecinka wtedy postanowiła nie spać…
  Nie odważyłam się pójść na jej grób. Nie chciałam, aby zobaczyła, że została zastąpiona. To ona była moim wymarzonym dzieckiem…
  Gdy nadszedł termin porodu, a mi odeszły wody zostałam natychmiast zabrana autem do szpitala. Nie miałam nic do gadania, zostałam bez zbędnych ceregieli wysłana na cesarskie cięcie. On tak bardzo chciał mieć dziecko…
  Coś się jednak nie udało. Mój organizm był zbyt delikatny, a lekarz zbyt ostry. Nie mogli zatamować krwawienia. Wyciągnęli ze mnie JEGO dziecko i starali się coś zrobić z ciągle lecącą krwią z miejsca nacięcia. Czułam jak on trzyma mnie za rękę i powtarza, że mamy synka, że mam się nie poddawać i wrócić z nimi do domu. Spojrzałam na niego ostatni raz i powiedziałam mu „dobranoc”…
  Przez chwilę słyszałam jeszcze jego płacz, krzyk tego chłopca i krzątaninę lekarzy. Potem ogarnęła mnie ciemność. Nie widziałam, nie słyszałam, nie czułam… 
  Do pewnego momentu. Zobaczyłam jasne światło i usłyszałam cichy płacz. Ten sam, który kiedyś pokochałam. Poczułam ciągnące mnie za spódnice rączki dwuletniej dziewczynki. Miała zaciśnięte oczka, jedną rączkę puściła wzdłuż drobnego ciałka, a drugą trzymała kurczowo zaciśniętą na materiale…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz