10 lis 2014

Moje życie (rozdział 3)



Teraz…
Od tego czasu była prawdziwa bajka. Nasz związek nie był monotonny ani nazbyt zróżnicowany. Przetrwaliśmy setki kłótni, dziesiątki dni w separacji od siebie i kilka rozejść. Opłacało się, bo dzięki temu mały tysiące wspaniałych chwil, setki tysięcy uśmiechów i milion powodów aby już zawsze być razem.
Siedziałam na kanapie w salonie. Nie mogłam się doczekać aż Lulu wróci z pracy. Miałam dla niego ważną wiadomość.
Nagle usłyszałam dzwonek telefonu. Poszłam do kuchni, aby odebrać.
-Tak, słucham?
-Dzień dobry, jestem ze szpitala pod wezwaniem św. Piotra. Czy rozmawiam z panią Michalina Lis?
-Tak, a o co chodzi?
-Pan Aureliusz Zając miał wypadek samochodowy, a na pytanie czy powiadomić kogoś poprosił abyśmy zadzwonili do pani.
-Zaraz będę. Do widzenia.
Rozłączyłam się szybko i zaczęłam się ubierać. Nie mogłam uwierzyć, że Lulu miał wypadek. On przecież nawet nigdy nie przekroczył prędkości, a nagle słyszę, że miał wypadek. Każdy, ale nie on!
Zabrałam kluczyki od motocykla i wybiegłam z mieszkania wcześniej je zamykając. Wsiadłam na krwistego ścigacza i popędziłam do szpitala. Gdy zaparkowałam ruszyłam do recepcji. Jakaś starsza pani kazała mi chwilę poczekać na lekarza.
Po trzech minutach ciągłego krążenia po korytarzu jakiś młody doktorek podszedł do mnie.
-Pani Michalina Lis?
-Panna. Tak to ja. – Mężatką nie jestem, a jak słyszę to „pani” to staro się czuję…
-Jest pani jakoś spokrewniona z panem Aureliuszem?
-Jestem jego narzeczoną, a za pół roku mamy wziąć ślub.
-Proszę pójść za mną.
Weszliśmy do jakiejś sali. Było w niej pięć łóżek ustawionych pod ścianą. Na jednym leżał jakiś nastolatek rozmawiający z policjantem, na drugim była jakaś dziewczyna, a trzecie łóżko było zasłonięte jakąś zasłonką od reszty.
-Ale to nie moja wina! To tamten idiota zajechał mi drogę! Ja zawsze jeżdżę według przepisów i uważam na drodze! – Blondyn mimo kroplówki i chyba złamanej ręki gestykulował z zapałem próbując wytłumaczyć, co się stało.
„Oho, no to już wiem, przez kogo Lulu tu trafił.”
Lekarz poprowadził mnie do łóżka odgrodzonego parawanem. Zobaczyłam Lulu podpiętego do jakiś kabli i kroplówek.
-Cholera… Lulu, jak się czujesz. – Podeszłam do mojego ukochanego i spojrzałam na jego twarz. Jego długie, czarne włosy były w nieładzie. Skóra była cała zadrapana, a nad łukiem brwiowym miał szwy. Oczy miał otwarte, ale jakby puste. Nie wyrażały żadnych uczuć ani myśli.
-Pan Aureliusz się nie odzywa. Jedyne, co powiedział to, aby do pani zadzwonić…
-Kotek, jechałeś tak jak zawsze prawda? – Nie zwracając uwagi na doktora usiadłam przy łóżku mojego słońca. – Nie jechałeś po mojemu, łamiąc wszystkie przepisy tylko znowu tym ślimaczym i bezpiecznym tempem? – Kiwnął głową na potwierdzenie moich słów. – Boli Cię jak mówisz? – Potwierdził kiwnięciem i spróbował coś powiedzieć, ale skrzywił się z bólu i odpuścił sobie rozmowę.
Spojrzałam na doktorka, który wydawał się zdziwiony tym faktem. Pewnie myślał, że Lulu jest jakiś zamknięty w sobie albo psychika mu nie wytrzymała po wypadku. Spojrzałam na plakietkę z jego imieniem i nazwiskiem.
-To zmienia postać rzeczy… Panie Aureliuszu niech pan otworzy szeroko buzię. – Doktor Marek podszedł do Aurela z latarką i zajrzał mu do gardła. – Nie wygląda jakby coś… Uła. Pani Zofio! Proszę przynieść szczypce!
Zdziwiłam się na słowa Palczewskiego. Na diabła mu szczypce? Co on będzie w dentystę się bawił?
Jakaś pielęgniarka przyniosła mu to, o co prosił. Aureliusz dalej miał otwarte usta, a doktorek wsadził mu tam ten metal. Widziałam jak pod wpływem złapania czegoś przez doktora Aurel skrzywił się.
-Spokojnie… Zaraz to wyciągnę.
Wyciągnie? Chodzi mu o szczypce czy co? I czemu do cholery jest zazdrosna, gdy ten wariat jest tak blisko mojego Lulu?!
-I po problemie. – Doktorek odsunął się od Aurela wyciągając szczypce trzymające jakiś mały przedmiot. – Nawet nie pytam, jakim cudem do pana przełyku trafił kolczyk. – Pan Marek zaśmiał się, a ja wytrzeszczyłam na niego oczy.
-Jaki, kurwa, kolczyk…? – Doktorek podsunął mi szczypce pokazując szmaragdową kulkę z drutem do włożenia w dziurkę od ucha albo... – Możesz mi słońce powiedzieć skąd masz kolczyk z wargi mojego brata? – Odwróciłam się z powrotem do Lulu z czystym mordem w oczach.
-Z wargi? To by nawet pasowało, bo pan Juszczak, który z panem jechał ma rozerwaną wargę w miejscu gdzie mógłby znajdować się kolczyk – Doktorek znów przykuł moją uwagę.
-Mi, ja Ci to…
-Mój braciszek jest też w szpitalu? – Podniosłam się z krzesła i już nawet nie zwracałam uwagi na leżącego na łóżku chłopaka.
-Pan Mirosław? – Kiwnęłam potwierdzająco głową. - Pielęgniarka zabrała go na prześwietlenie ręki. Zaraz powinien wrócić na sale segregacji.
-Będę mogła się z nim zobaczyć?
-Oczywiście. – Palczewski uśmiechnął się do mnie.
-Mi posłuchaj…
-Może mnie pan zawołać, gdy już będzie na sali? Muszę trochę ochłonąć i się czegoś napić. – Nie zwróciłam nawet uwagi na próbę wytłumaczenia się z tego mojego narzeczonego.
-Dobrze. Za rejestracją w prawo jest stołówka.
-Dziękuję. – Wyszłam na korytarz nawet nie patrząc na Lulu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz