Teraz…
Od
tego czasu była prawdziwa bajka. Nasz związek nie był monotonny ani nazbyt
zróżnicowany. Przetrwaliśmy setki kłótni, dziesiątki dni w separacji od siebie i
kilka rozejść. Opłacało się, bo dzięki temu mały tysiące wspaniałych chwil,
setki tysięcy uśmiechów i milion powodów aby już zawsze być razem.
Siedziałam na kanapie w
salonie. Nie mogłam się doczekać aż Lulu wróci z pracy. Miałam dla niego ważną
wiadomość.
Nagle usłyszałam dzwonek
telefonu. Poszłam do kuchni, aby odebrać.
-Tak, słucham?
-Dzień dobry, jestem ze
szpitala pod wezwaniem św. Piotra. Czy rozmawiam z panią Michalina Lis?
-Tak, a o co chodzi?
-Pan Aureliusz Zając miał
wypadek samochodowy, a na pytanie czy powiadomić kogoś poprosił abyśmy
zadzwonili do pani.
-Zaraz będę. Do widzenia.
Rozłączyłam się szybko i
zaczęłam się ubierać. Nie mogłam uwierzyć, że Lulu miał wypadek. On przecież
nawet nigdy nie przekroczył prędkości, a nagle słyszę, że miał wypadek. Każdy,
ale nie on!
Zabrałam kluczyki od motocykla
i wybiegłam z mieszkania wcześniej je zamykając. Wsiadłam na krwistego ścigacza
i popędziłam do szpitala. Gdy zaparkowałam ruszyłam do recepcji. Jakaś starsza
pani kazała mi chwilę poczekać na lekarza.
Po trzech minutach ciągłego
krążenia po korytarzu jakiś młody doktorek podszedł do mnie.
-Pani Michalina Lis?
-Panna. Tak to ja. – Mężatką
nie jestem, a jak słyszę to „pani” to staro się czuję…
-Jest pani jakoś spokrewniona
z panem Aureliuszem?
-Jestem jego narzeczoną, a za
pół roku mamy wziąć ślub.
-Proszę pójść za mną.
Weszliśmy do jakiejś sali.
Było w niej pięć łóżek ustawionych pod ścianą. Na jednym leżał jakiś nastolatek
rozmawiający z policjantem, na drugim była jakaś dziewczyna, a trzecie łóżko
było zasłonięte jakąś zasłonką od reszty.
-Ale to nie moja wina! To
tamten idiota zajechał mi drogę! Ja zawsze jeżdżę według przepisów i uważam na
drodze! – Blondyn mimo kroplówki i chyba złamanej ręki gestykulował z zapałem
próbując wytłumaczyć, co się stało.
„Oho, no to już wiem, przez
kogo Lulu tu trafił.”
Lekarz poprowadził mnie do
łóżka odgrodzonego parawanem. Zobaczyłam Lulu podpiętego do jakiś kabli i
kroplówek.
-Cholera… Lulu, jak się
czujesz. – Podeszłam do mojego ukochanego i spojrzałam na jego twarz. Jego
długie, czarne włosy były w nieładzie. Skóra była cała zadrapana, a nad łukiem
brwiowym miał szwy. Oczy miał otwarte, ale jakby puste. Nie wyrażały żadnych
uczuć ani myśli.
-Pan Aureliusz się nie odzywa.
Jedyne, co powiedział to, aby do pani zadzwonić…
-Kotek, jechałeś tak jak
zawsze prawda? – Nie zwracając uwagi na doktora usiadłam przy łóżku mojego
słońca. – Nie jechałeś po mojemu, łamiąc wszystkie przepisy tylko znowu tym
ślimaczym i bezpiecznym tempem? – Kiwnął głową na potwierdzenie moich słów. –
Boli Cię jak mówisz? – Potwierdził kiwnięciem i spróbował coś powiedzieć, ale
skrzywił się z bólu i odpuścił sobie rozmowę.
Spojrzałam na doktorka, który
wydawał się zdziwiony tym faktem. Pewnie myślał, że Lulu jest jakiś zamknięty w
sobie albo psychika mu nie wytrzymała po wypadku. Spojrzałam na plakietkę z
jego imieniem i nazwiskiem.
-To zmienia postać rzeczy…
Panie Aureliuszu niech pan otworzy szeroko buzię. – Doktor Marek podszedł do
Aurela z latarką i zajrzał mu do gardła. – Nie wygląda jakby coś… Uła. Pani
Zofio! Proszę przynieść szczypce!
Zdziwiłam się na słowa
Palczewskiego. Na diabła mu szczypce? Co on będzie w dentystę się bawił?
Jakaś pielęgniarka przyniosła
mu to, o co prosił. Aureliusz dalej miał otwarte usta, a doktorek wsadził mu
tam ten metal. Widziałam jak pod wpływem złapania czegoś przez doktora Aurel
skrzywił się.
-Spokojnie… Zaraz to wyciągnę.
Wyciągnie? Chodzi mu o
szczypce czy co? I czemu do cholery jest zazdrosna, gdy ten wariat jest tak
blisko mojego Lulu?!
-I po problemie. – Doktorek
odsunął się od Aurela wyciągając szczypce trzymające jakiś mały przedmiot. – Nawet
nie pytam, jakim cudem do pana przełyku trafił kolczyk. – Pan Marek zaśmiał
się, a ja wytrzeszczyłam na niego oczy.
-Jaki, kurwa, kolczyk…? –
Doktorek podsunął mi szczypce pokazując szmaragdową kulkę z drutem do włożenia
w dziurkę od ucha albo... – Możesz mi słońce powiedzieć skąd masz kolczyk z
wargi mojego brata? – Odwróciłam się z powrotem do Lulu z czystym mordem w
oczach.
-Z wargi? To by nawet pasowało,
bo pan Juszczak, który z panem jechał ma rozerwaną wargę w miejscu gdzie mógłby
znajdować się kolczyk – Doktorek znów przykuł moją uwagę.
-Mi, ja Ci to…
-Mój braciszek jest też w
szpitalu? – Podniosłam się z krzesła i już nawet nie zwracałam uwagi na
leżącego na łóżku chłopaka.
-Pan Mirosław? – Kiwnęłam
potwierdzająco głową. - Pielęgniarka zabrała go na prześwietlenie ręki. Zaraz
powinien wrócić na sale segregacji.
-Będę mogła się z nim
zobaczyć?
-Oczywiście. – Palczewski
uśmiechnął się do mnie.
-Mi posłuchaj…
-Może mnie pan zawołać, gdy
już będzie na sali? Muszę trochę ochłonąć i się czegoś napić. – Nie zwróciłam
nawet uwagi na próbę wytłumaczenia się z tego mojego narzeczonego.
-Dobrze. Za rejestracją w
prawo jest stołówka.
-Dziękuję. – Wyszłam na
korytarz nawet nie patrząc na Lulu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz